Z Trabzonu do Rize
Dzisiaj postanowiliśmy ruszyć na wschód, by maksymalnie wykorzystać pobyt nad Morzem Czarnym. Rize słynie z herbaty i noży, a obie te rzeczy są na naszych listach zakupowych. Miało być wcześnie rano, ale trzeba było się jeszcze wyspać i spakować, więc z hotelu wyszliśmy ok. 12:00. Recepcjonista powiedział nam, że najlepiej dojechać do centrum i stamtąd złapać autobus. Nocowaliśmy niedaleko lotniska, więc podróż do centrum oznaczała dokładnie przeciwny kierunek do założonego – ale uznaliśmy, że faktycznie lepiej jechać z dworca, niż wczytywać się w tabliczki pędzących dolmuszy.
Kierowca dolmusza do centrum grzecznie wysadził nas w miejscu, gdzie miały być autobusy do Rize. Co prawda wysiedliśmy na środku jezdni i należało przemknąć się przez trzy pasy pełne aut, ale na szczęście był taki korek, że poszło to bez strat w ludziach. Według mapy dworzec autobusowy był po drugiej stronie, nieco w głąb.
Przerwa na śniadanie
Zrobiliśmy się za to trochę głodni, więc widząc z daleka sporą ilość autobusów w jednym miejscu uznaliśmy, że 20 minut postoju na lahmacun nie zrobi już wielkiej różnicy. Znaleźliśmy niewielką restauracyjkę ze zdjęciami pide i lahmacun, więc radośnie weszliśmy do środka. Przy stolikach pełno tubylców, pachnie świeżym ciastem – czyli właśnie to, czego szukaliśmy. Ku naszemu zdziwieniu zaprowadzono nas do pustej niewykończonej sali na zapleczu, która okazała się jednak salą główną, tylko my weszliśmy od tyłu. Na moją prośbę po turecku o menu obsługa zniknęła na 15 minut. Za to dostaliśmy świeżo wydrukowane, zapewne pierwsze i póki co jedyne w historii tego miejsca 😂

Jedzenie było niezłe (pide) oraz doskonałe (lahmacun). Pide trochę może za ciężkie, na grubym drożdżowym placku, na pewno jednak sycące i pożywne. Gruba warstwa sera wymieszanego z jajkiem sprawiła, że niewielki w sumie krążek wystarczył dla dwóch osób.
Lokalny przewodnik
Po jedzeniu ruszyliśmy na dworzec, który z bliska okazał się niestety parkingiem. I to takim w fazie realizacji, z koparkami i błotem. Autobusy i dolmusze faktycznie były tam w dużej ilości, brakowało za to kierowców.

I wtedy Sebastian zaproponował: zapytajmy kogoś. Padło na pana parkingowego, który bardzo przejął się swoją misją. Najpierw zaprowadził nas do wyjścia z parkingu i pokazał palcem główną drogę. Potem dopytał kolejnego tubylca i zaprowadził nas kilkaset metrów (pod górę i z plecakami!) w drugą stronę. Zaczęliśmy rozważać, czy może szuka szwagra, który nas do tego Rize zawiezie. Opcjonalnie żony, żeby najpierw zyskać szwagra. Potem kolejny zapytany pocmokał dłuższy czas (cmokanie to po turecku przeczenie, o czym pisałam tutaj). Znowu ruszyliśmy w stronę głównej drogi. Istniało ryzyko, że do Rize zaprowadzi nas na piechotę. Ustawił nas przy drodze, gdzie nie było nic wskazującego na to, że cokolwiek się tu zatrzymuje i kazał czekać pół godziny. Czekaliśmy głównie na to, żeby się oddalił, bo na horyzoncie było widać całkiem porządny przystanek, gdzie faktycznie mieliśmy szansę coś złapać. Na szczęście już drugi przejeżdżający dolmusz miał na tyle wyraźny napis Rize, że faktycznie udało nam się pomachać w porę i go zatrzymać. Kilkanaście minut później podjechaliśmy na przystanek niedaleko hotelu, skąd absolutnie mieliśmy nie szukać transportu, bo może nie być…

Według rozpiski w środku bilet powinien kosztować 200 tl od osoby, a zapłaciliśmy 180. Więc jedziemy nie do końca pewni, gdzie nas za taką stawkę wysadzi 🙃 Z lewej morze, z prawej góry, a przed nami Rize i chwilę później Gruzja – przynajmniej będzie ciekawie.
Czego nie robić jadąc do Rize
Morały z tej historii są trzy:
- Nie pytaj o menu jeśli wystarczy zapytać o cenę. Mogą akurat nie mieć drukarki na miejscu i będziesz za długo czekać.
- Nie pytaj o drogę dokądś jeśli nie masz czasu na wycieczkę po okolicy. Lepiej zapytać o dokładne miejsce (nie po prostu przystanek, a konkretny dworzec). Turcy są uprzejmi i chętnie pomogą, ale często nie potrafią się przyznać do braku wiedzy. Lub uznają, że coś będzie dla turysty za trudne i należy wskazać mu pojazd idealnie pasujący – tak miałam w Mardin, tubylec zawracał mnie z kolejnych autobusów, bo przecież chciałam na stare miasto i o to pytałam. A że w międzyczasie doczytałam, że wszystko inne jeździ tylko kilkaset metrów dalej i chciałam przejść spacerem to już było nie do pojęcia.
- Uwierz w dolmusze – często nie mają rozkładów i stałych tras, ale da się nimi dojechać wszędzie. I nikt się nie obrazi, jak będziesz zatrzymywać wszystkie po kolei i szukać właściwego.
