Jak się wydostać z Erzurum
Jeśli ktoś – tak jak my – wpadnie na świetny pomysł pojechania zimą do Erzurum, to na pewno wydostanie się stamtąd trafi szybko na szczyt listy marzeń. Erzurum jest piękne zimą; ale tak powyżej trzech par spodni i na wszelki wypadek oglądane przez szybę. Być może narciarze mają odmienną opinię, ale trafiliście na blog podróżniczy, nie sportowy. Podróże w stanie zlodowacenia przyjemne są znacznie mniej. My wybraliśmy się, gdy w Erzurum było -23°C i chyba nie była to najlepiej przemyślana decyzja.

Przygotowania do ucieczki zaczęliśmy w południe. Na spokojnie, jeszcze zadowoleni i podtrzymani na duchu lokalnym çağ kebap. Ta aromatyczna baranina z rusztu może kiedyś jeszcze skłoni mnie do przyjechania tu, ale to już raczej latem. Na początku przeprowadzałam jeszcze nieśmiałe próby znalezienia karty miejskiej. Automaty do doładowania w centrum dało się spotkać, ale doładować to jeszcze trzeba mieć co… W końcu objawił się kiosk, który takie cudo według napisów oferował. Po otwarciu szybki uprzejmy pan chuchnął dymem papierosowym i wyjaśnił, że jednak nie sprzedaje kart. Ale mam się nie martwić, bo karta kredytowa w autobusie działa. No wiem, że działa, ale ja bym jednak wolała kartę… Otóż karty są w belediyesi (urzędzie miejskim). Można iść tam hen daleko, najpierw prosto, potem w prawo, a potem to kupa niezrozumiałych słów po turecku i chyba już. Nie, pan nie może pokazać na mapie. Ale przecież palcem pokazał, wystarczy. Dobrze, że mi jeszcze całkiem szarych komórek nie wymroziło i przed ruszeniem w trasę wpadłam na to, by zapytać, czy ten urząd to jest czynny w niedzielę. No nie, w niedzielę to akurat nie jest…

Czyli bez karty miejskiej, ale jeszcze nie całkiem pozbawieni entuzjazmu wróciliśmy do hotelu po bagaże pozostawione na przechowanie. No i może wysikać się przed drogą, bo zimno i ciężko się korzysta z tych publicznych. Osiągnęliśmy połowiczny sukces, bo bagaże mamy. Natomiast toaleta przy recepcji już nie działała, bo recepcjonista posprzątał właśnie wszystko, a teraz chce zamknąć i iść do domu. Chyba byliśmy jedynymi gośćmi.

Żeby dostać się na dworzec należało znaleźć autobus K4 – ten sam, który nas z dworca przywiózł, a przy okazji jedyny na tej trasie. Opcjonalnie jakiś dolmusz. Aplikacja do lokalnego transportu pokazała nam, że powinniśmy zrobić sobie kwadrans spaceru i złapać K4 prawie przy drodze wyjazdowej z miasta. Bez sensu trochę, bo najbliższy przystanek był kilka minut od hotelu i według aplikacji autobus tamtędy przejeżdżał. Może to jakaś lokalna mądrość ludowa, że jak idziesz, to cieplej, więc nie ma co czekać na przystanku. Bez walizki i w temperaturze powyżej zera w sumie popieram. Jednak zdecydowaliśmy się na ten najbliższy przystanek. A właściwie trzy przystanki jeden za drugim w odległości co 10 metrów. Z każdego według informacji odjeżdża to samo. Oczywiście brak rozkładu. W aplikacji też brak rozkładu, można za to podejrzeć, co dojeżdża na konkretny przystanek w ciągu najbliższych 15 minut.
Autobus przyjechał po 25 minutach i zatrzymał się oczywiście nie tam, gdzie stanęliśmy. Na szczęście ilość chętnych była spora, więc przebrnęliśmy te kilkanaście metrów brązowego śniegu i wsiedliśmy do uroczo oszronionego pojazdu. Jeszcze pół godziny pętelek dookoła miasta i byliśmy na dworcu. Nie udało nam się kupić już biletu do Mardin lub Van na rozsądną godzinę, więc zdecydowaliśmy się na Diyarbakır. Odjazd miał być o 17:00. O 17:10 uzyskaliśmy informację, że jest korek i jednak będzie ok. 18:00.

Na zewnątrz zimno jak cholera, palić niby można w przedsionku, ale tam niewiele cieplej. Toalety z wydzielanym papierem – po opłaceniu 15tl za wstęp dostałam taki złożony na pół listek tego grubszego do wycierania rąk. Równouprawnienie jak w naszej sejmowej lewicy – Sebastian nie dostał papieru wcale.

Mieliśmy już oboje serdecznie wszystkiego dość i czekaliśmy z niecierpliwością na autobus do jakiejkolwiek cywilizacji. O 18:00 podszedł do nas uśmiechnięty człowiek i powiedział, że nas zaprowadzi do autobusu. Poszliśmy za nim, trochę zdziwieni, że kierujemy się do wyjścia z dworca. Obsługa, która nam wcześniej bilety sprzedawała ewidentnie kazała nam iść z nim. No to poszliśmy… na parking do samochodu. Okazało się, że nas dowiezie do autobusu, bo autobus był tak spóźniony, że minęła mu godzina, o której mógł wjechać na dworzec bez dodatkowych opłat. Zanim jednak nieporadnie nam tę wiedzę przekazał, to już byliśmy na obwodnicy. Trochę się obawialiśmy takiej jazdy z obcym człowiekiem w nieznane. Ale serio nie wyglądaliśmy jak ktoś, kogo warto porwać dla okupu. Poza tym zaspy śniegu na poboczach przekonały mnie, że wolę dać się porwać, niż tu wysiąść.
Podejrzewaliśmy, że wysadzi nas na jednym z miejsc postojowych – duży parking, sklep i restauracja, gdzie postój robią wszystkie międzymiastowe autokary. O, europejska naiwności… przecież taki postój też jest płatny. Nasz kierowca zjechał na prawy pas na wysokości przystanku autobusowego (takiego w szczerym polu z samą tabliczką), zapalił awaryjne i tak czekaliśmy ostatnie 5 minut, aż autokar podjedzie. Podjechał, zatrzymał się (też na awaryjnych), przepakowaliśmy walizkę i jedziemy. Na niewłaściwych miejscach, ale przynajmniej w cieple. Chyba do Diyarbakır, chociaż nie wykluczam, że ludzie obok też dali się porwać, by uciec od Erzurum…
