Kulinarny rollercoaster
Czyli tureckie restauracje na przełomie 2024/2025 widziane od kuchni 🙂
Wakacje bez dziecka to moment, gdy warto odwiedzić restauracje z rodzaju tych wyjątkowych. Z jednej strony możemy wreszcie zjeść to, przed czym sami przestrzegamy – niewiadomego pochodzenia, z ulicznej budy lub ewidentnie niezdrowe. Owoce prosto z drzewa, miejscową kranówkę i mięso, do którego zamówienia potrzebny jest słownik anatomiczny. Mamy wykupione solidne ubezpieczenie zdrowotne, w kieszeni nifuroksazyd, a w plecaku zapas papieru toaletowego, więc co mogłoby pójść źle? Z drugiej strony możemy podelektować się nieznanymi smakami bez słuchania, jak my to w ogóle możemy jeść, posiedzieć przy fajce wodnej i ocenić lokalne wino. Nie, żebym czegoś dziecku żałowała… Ale wszyscy rodzice na pewno kojarzą to uczucie, gdy już mina kelnera mówi, że rachunek pochłonie pół pensji, a potomek z głębokim namysłem stwierdza: to ja chcę frytki. Albo pizzę. I w ogóle foch, że nie ma schabowego, a tak naprawdę to wracaj, matko, do domu i rób pomidorówkę. Zarówno budżetowo jak i smakowo zamawianie tzw. menu dziecięcego w najlepszych lokalach jest pozbawione sensu. Tym razem uparliśmy się, że skoro już zwiedzamy koniec świata sami, to chcemy mieć stamtąd wspomnienia kulinarne również na najwyższym poziomie i zaczęliśmy wybierać lokale droższe, serwujące kuchnię regionalną w wydaniu nazwanym, powtarzalnym i, o zgrozo, podanym w towarzystwie serwetki.
Trasą gastronomicznej przygody
Na naszej trasie pojawiły się więc trzy rodzaje obiektów gastronomicznych. Wybierane z namysłem na podstawie informacji o lokalnym jedzeniu, wybierane na podstawie popularności (o bardzo różnym standardzie) oraz wybierane na podstawie węchu w najbliższej odległości od punktu, w którym zrobiliśmy się głodni. A to wszystko bez konkretnego planu i przeplatane między sobą. Podjęta przez Sebastiana próba znalezienia najtańszego jadalnego dönera została połączona z moją niegasnącą ciekawością do potraw, które powstały raczej z potrzeby wykorzystania w pełni zabitej zwierzyny. Na przykład w drodze do jednej z tych lepszych restauracji w Urfie stałam nad bezdomnym kotem i pełna dumy nazywałam po turecku te kawałki mięsa, które wyciągnął z zaplecza pobliskiej rzeźni. Albo źle wymawiałam albo kot był bardziej wybredny ode mnie, bo nie ruszył podrobów…

Udało nam się podczas zimowych wakacji odkryć zarówno najtańsze jak i bardziej eleganckie oblicze tureckiej gastronomii. A przy okazji uniknęliśmy zarówno biegunki, jak i konieczności wzięcia kredytu, by opłacić rachunek. Czyli pełen sukces.
Byliśmy, jedliśmy, przeżyliśmy
Najciekawsze punkty, które udało nam się odwiedzić to:
Denizli i Pamukkale
Jeden ze słynniejszych kebabów w Denizli, który miał nas zaskoczyć smakiem ich regionalnego kebaba typu samo mięso, a zaskoczył głównie brakiem toalety. Co prawda obsługa próbowała dać mi kartkę z odręcznie pisanym hasłem, dzięki czemu w najbliższej bazarowej toalecie publicznej wstęp będzie za darmo, ale mnie to niezbyt przekonało. Tym bardziej, że kebaba Denizli je się palcami, więc wracając musiałabym chyba wieszać się zębami na każdej klamce, żeby ręce pozostały czyste.
Drugie podejście do kebaba z Denizli, gdzie toaletę mieli, ale sztućców nie. Ja już znałam zwyczaj jedzenia tej potrawy, ale miło popatrzeć na innych turystów, kiedy im mięso stygnie w oczekiwaniu na widelec.

Kilka restauracji w Pamukkale, które serwowały kuchnię chińską, indyjską i japońską w takim wydaniu, że warszawski Chińczyk z Senatorskiej może przy nich dostać certyfikat autentyczności.

Adana
Jedną z lepiej ocenianych restauracji w Adanie, które podają Adana kebab. I przy okazji podają çiğ köfte z mięsem, które są oficjalnie zakazane od kilku lat.


Równie popularną w Adanie turecką restaurację z podrobami, która dostarczyła nam trzynastą potrawę wigilijną. Mina mężczyzny życia bezcenna, było ryzyko, że nawet o północy nie da jeszcze rady przemówić ludzkim głosem.

Pijalnię soków owocowych, która wzniosła mleko bananowe do rangi sztuki.

Gaziantep
Najsłynniejszą restaurację w Gaziantep, podającą polędwicę jagnięcą, takie must be po odwiedzeniu muzeum mozaiki. Bez odwiedzania faktycznie ciężko tam trafić, bo to zadupie straszne. A idąc z centrum mija się wielki dworzec, którego budowlą partnerską jest chyba lotnisko w Radomiu i port w Elblągu. Jeden pociąg tam jeździ, podmiejski…

Losowy bar po drugiej stronie dworca, którego litościwie nikt nawet w Google nie umieścił. Podawali między innymi szaszłyki z migdałków i śledziony, a lokalna ludność tłumaczyła mi łamanym angielskim, że ja NAPRAWDĘ nie chcę tego jeść. Kłamali, chciałam.


Kawiarnię na świeżym powietrzu, która pobierała opłaty za samo siadanie przy stoliku. Słusznie pobierała, bo był grudzień, a pod stolikiem i kocem mieli schowane miski z gorącym piaskiem.

Şanlıurfa
Klasycznego kebaba z kurczaka za równowartość polskich 5 złotych w budzie na bazarze w Sanliurfie. Był nieprzyzwoicie smaczny i pachniał tak świeżym mięsem, że polskie markety powinny się czuć zawstydzone.

Żeberka jagnięce w jednej z droższych restauracji w Urfie. Takiej, która nawet wodę podaje w wiklinowej karafce, a sztućce są w komplecie. Przez karafkę na szczęście prześwitywał plastik butelki, bo całkiem by nam się w głowach poprzewracało od tego luksusu.

Mardin
Kawiarnię w Mardin, gdzie spędziliśmy Sylwestra przy herbacie i fajce wodnej bez żadnych dodatkowych opłat i wcześniejszej rezerwacji. Byliśmy chyba jedynymi osobami, które w ogóle wyszły na taras i zwróciły uwagę, że data się zmieniła.

Donera z kurczaka umieszczonego w strategicznym miejscu na końcu bazaru – pomiędzy rzeźnią i straganem warzywnym, gwarancja świeżości składników. Za smak aż dodaliśmy go do mapy google.

Van
Restaurację w Van, która wywarła na nas takie wrażenie, że przedłużyliśmy pobyt w tym mieście. Więcej o tym miejscu możecie przeczytać tutaj, a ja mogę tylko żałować, że nie jest to artykuł sponsorowany, bo chętnie bym się dała przekupić kolejnym obiadem tam. Był to drugi raz w historii moich podróży kulinarnych, gdy wyszłam skądś tak całkowicie i w pełni przejedzona, że poprosiłam tylko o zepchnięcie z krawężnika, by jakoś dotoczyć się do hotelu. Poprzeczka była wysoko ustawiona, bo do pierwszego przejedzenia się w Turcji potrzebowałam całego dnia na festiwalu żywności…

Lahmacun w zaskakująco niskich cenach (3,50 zł za sztukę) i za dużych porcjach – 10 placków i litr napoju.

Trafiliśmy też do studenckiej knajpy, gdzie za czajnik herbaty, nargile i orzeszki zapłaciliśmy jakieś 30 zł. Do tego obsługa ostatnią godzinę siedziała tylko z nami.

Diyarbakır
Osiedlowy lahmacun w Diyarbakır, gdzie poczuliśmy się jak gwiazdy, bo obsługa z radością zaprezentowała nam nasze zdjęcie z wakacji.

Całodobowego grilla ustawionego na rogu ulicy, który z kategorii „jest tanio, nie pytamy o skład” przeskoczył oczko wyżej, bo okazał się przyczółkiem restauracji. W środku potrawy serwowano bezpośrednio przy długim ruszcie ustawionym przez środek sali. Ruszt miał po bokach niewielką ladę i krzesła, bardzo ciekawy pomysł.

Kebaba ulicznego, którego miałam nie jeść, bo nie lubię i zabrałam połowę, bo był zbyt smaczny.

Antalya
Tureckie restauracje sieciowe Ciğerci Bahattin w Antalyi – o tym, że serwują jedzenie lepsze od większości drogich miejsc w centrum już wiedziałam, tym razem zadziwili mnie tylko poziomem obsługi. Te kilka irytujących ruchów kelnera za moimi plecami okazało się pantomimą, w efekcie której na stole pojawiły się kwiaty i płonąca dekoracja. A to wszystko załatwione na migi, błyskawicznie i bez znajomości języka. Polecam panom, którzy na szybko chcą zorganizować romantyczny wieczór. A paniom, które zostaną poddane tym zabiegom, polecam uwierzyć na słowo, że to, co się pali na stole, to nie jest cukier oblany spirytusem. Sądząc po smaku to raczej pianka do czyszczenia kuchenek, nie warto ukradkiem próbować 👀

W Antalyi znaleźliśmy też olbrzymie naleśniki gözleme, 50 cm średnicy i wypełnienie z farszu szpinakowego. Na pewno craftowe – poznaliśmy po czarnych lateksowych rękawiczkach u robiącej, +50% do ceny pewnie za to było. Nie było za to miejsca, by je zjeść, więc za stół służyła nam walizka.


Są potrawy przy których opcja schabowy i pomidorówka w domu brzmi o wiele wieeeele lepiej 🙂