Łapówki w Turcji
Na dworcu autobusowym w Urfie znaleźliśmy się dość późno. Trzeba było jeszcze rzucić okiem na ryby, sprawdzić kebaba za 5,50 i odwiedzić nieczynny zamek z psem przewodnikiem. Udało się nawet kupić kartę miejską (doładować już niestety nie, no nie może w tym kraju wszystko jednocześnie działać). Na dworcu okazało się, że dostępne autobusy do Mardin odjeżdżają późno, bylibyśmy tam po 2:00 w nocy. Miasto jest bezpieczne, ale o tej porze nie będzie już żadnego transportu. Szybki rzut okiem na to, co mamy do dyspozycji i decyzja: to może Van. I tak chcieliśmy kiedyś odwiedzić, a autobus jedzie akurat tak długo, by się w nim wyspać i rano zacząć zwiedzanie.

Już prawie kupiliśmy bilety, gdy okazało się, że brakuje nam dwóch telefonów. Sytuacja dość nerwowa, na szczęście pomógł sprzedawca biletów. Kilka chwil stresu, rozmowa z lokalną policją i telefony się odnalazły. Nie do końca rozumiemy, gdzie były, ale ważne, że są. Kontrolne odblokowanie przy policjancie potwierdziło naszą własność – akurat na ekranie było zdjęcie ze szczerym uśmiechem i kebabem za 5 zł. 100% identyfikacji po prostu, lepsze niż odcisk palca…
Bilety zostały kupione, a nam przyszło do głowy, że warto się odwdzięczyć. Pan od biletów z uśmiechem przyjął cytrynówkę Soplicy, ale chcieliśmy podziękować też policjantowi. Wypada dać policji (w kraju trochę jednak muzułmańskim, w mieście, gdzie konserwatywny Erdoğan zdobywa 80% głosów) wódkę? Chyba wypada, bo z zadowolenia zrobił sobie selfie z darczyńcą i flaszką. Mamy też jego numer na wypadek wszelkich problemów. No nie można powiedzieć, że łapówki tu po cichu przyjmują, wszystko jawnie i nawet udokumentowane 🙃
Z tej radości nabrałam odwagi na nagranie filmiku, jak się z tego dworca w ogóle wychodzi – bo dojazd do centrum tu akurat nie jest łatwy. Obleciałam z telefonem pół budynku i… zostałam zatrzymana przez patrol wojskowy, bo mi się wóz bojowy zaplątał w kadrze 🤦🏼♀️ Filmik na szczęście został, do usunięcia było tylko jedno zdjęcie. Udało nam się jeszcze zgubić tęczową parasolkę gdzieś po drodze, ale stratę jakoś przebolejemy, z każdym kilometrem robiła się coraz krótsza i dziwnie ostra na końcu.

Teraz siedzimy i czekamy na autobus do Van. Strach się ruszyć, bo jeszcze nam zostało kilka rzeczy do zgubienia. A wódka na prezent została już tylko jedna i to najlepsza, orzechowa. Lepiej łapówkę tego kalibru zostawić na moment, gdy Sebastian zgubi również laptopa 🙃
Z ostatniej chwili – kilka minut przed odjazdem do Van parasolka się znalazła, przyniósł nam ją na peron jakiś człowiek. Chyba już jesteśmy tu rozpoznawalni z tym gubieniem wszystkiego. Opcjonalnie tylko turystów można było posądzić o parasolkę w kolorach tęczy…
