Maślany pejzaż sentymentalny
Jadąc tu wiedziałam, że są różnice kulturowe. I religijne. I wszelkie w ogóle. Ale taka już dziwna właściwość ludzkiej psychiki, że przejdzie ze zrozumieniem nad rzeczami wielkimi, a potknie się na drobiazgach.
Na przykład grupa kobiet w morzu. I z daleka nie wiesz, czy one się kąpią w mocno zabudowanej wersji stroju kąpielowego, czy włożyły po kostce mydła do kieszeni i łączą wodny aerobik z praniem ubrań. A jeszcze co któraś ma na sobie zwykłe bikini, pewnie dla zmylenia przeciwnika.
Ale to jest dla mnie normalne, ostatecznie strój płetwonurków też golizny nie przewiduje i też jest używany w wodzie. Za to drobiazgi potrafią mnie całkowicie wytrącić z równowagi.
W poszukiwaniu składników
Zaczęło się od tego, że dziecię chciało kanapki. Takie proste, chleb z masłem, warzywem i solą. No to wyruszyłam na wyprawę do najbliższego marketu po składniki.
Chleb jest. Słodkawy w smaku, trochę jak nasz „ukraiński” w Żabce, ale przynajmniej krojony. Warzywa są, dziwnie tanie, ale nie będę narzekać. Jeszcze masło. Podchodzę pod lodówkę z nabiałem, wspomagana wiedzą z tłumacza. Margaryny nie chcemy, więc szukam tereyağı. Żadnego przyrostka -li na końcu, bo ma być 100% masła w maśle, a nie miks do smarowania pieczywa.
Tureckie masło
Jest oczywiście, leży cały zestaw kostek, cena eurpejska, bo prawie 9 zł. No dobra, wiem że tu też zdrożało, trudno. Biorę jedną kostkę i wpadam w dysonans poznawczy.
Oczy twierdzą, że to masło. Wygląda jak masło.
Tłumacz twierdzi, że to masło. Ma napis jak masło.
Mózg też twierdzi, że to masło. Kosztuje jak masło.
A ręka twierdzi: w ch… nas robią, wychodzimy stąd!
Oglądam rzeczone masło z każdej strony, ale nic specjalnego na nim nie ma. Zawartość tłuszczu ta sama, skład właściwy, kolor maślany (cicho, papierek był lekko odwinięty, to nie tak, że rozpakowałam). Sam papierek też jak od masła, złoty i tak samo składany. No chyba masło…
I tak stoję jak debil z masłem w ręce i mnie zawiesiło. Jeszcze trochę, to by mi ktoś to chyba w prezencie kupił, bo chyba wyglądałam jak biedne dziecko przed sklepem ze słodyczami.
Maślany wehikuł czasu
Nagle przyszło olśnienie. To było masło mojego dzieciństwa! Ta kostka miała po prostu 250 gramów, poza tym się niczym nie różniła 🤦🏼♀️ Przed oczami stanęły mi kolejno:
Babcia wysyłająca mnie na rowerze do wiejskiego sklepu, skąd wracało się z mocno cieknącą i rozpuszczoną w upale kostką (kulką raczej) i buzią usmarowaną wszystkim, co po drodze rosło. I później solenie tego masła na świeżym chlebie, mniam.
Jak przeżyłam podwójne załamanie wiary, bo podczas jednych świąt wyszło na jaw, że Mikołaj to sąsiad, a masło roślinne to nie masło.
Jak w czasach sprzed internetu można się było godzinami kłócić o to, czy smarowanie kleszcza masłem jest prawidłowe i czyj rodzic jest głupi i nic nie wie.
Jak spieprzyłam doskonały przepis na kruche ciasteczka, bo kazali dać 4 kostki masła, a ja nie ogarnęłam, że książka kucharska jest z lat ’70 i przepis wymaga kilograma, a nie 800 gramów.

Jak ktoś szuka taniej wersji wehikułu czasu, serdecznie polecam! 🙃
