Szukamy plaży w Mersin
Z domu nad morze mamy blisko, kilometr, może dwa. W linii prostej. No ale morze to nie wszystko, potrzebujemy jeszcze plaży. Wybrałyśmy się na poszukiwania.
W stronę morza
Najpierw zatrzymały nas dönery z çiğ köfte. I trzymały dobre pół godziny, bo były duże i zimne. Bohatersko wyrwałyśmy się z objęć gastronomii i tempem żółwia poszłyśmy szukać wody.


Jak okiem sięgnąć nie widać nic poza tym kamiennym nabrzeżem, oddzielonym dodatkowo barierką, by żaden omamiony upałem turysta tu nie wlazł. Ale grupy ludzi idą wzdłuż wybrzeża na zachód, może tam się coś znajdzie.
Morski lew Galatasaray

Znalazłyśmy lwa w pustej chyba fontannie. Ile ja bym dała wtedy, żeby ten lew chociaż nasikał, zawsze to jakaś woda. Ale nie, lew po prostu stał i ludzie robili mu zdjęcia. Dużo zdjęć. No to też zrobiłam. I doczytałam się, że lew oraz występujące w tle kolorki to symbol piłkarskiej drużyny Galatasaray. No świetnie, marzyłam o tym, by znaleźć pomnik ku czci klubu piłki nożnej w mieście położonym tak z 1000 km dalej od miasta tegoż klubu… Przez chwilę błysnęła mi nawet myśl, że jak się zacznę drzeć, że lubię Fenerbahçe (to ta druga drużyna ze Stambułu) to ludzie obok znajdą sposób, żeby mnie wrzucić do wody i upadnie problem z pasem kamieni nie do przejścia. Ale jako odpowiedzialna matka pełzałam dalej w tym upale.
Gołębie zamiast mew


Trochę się poczułam jak na rynku w Krakowie. Niby ładnie, ale wszędzie nasrane. Wody absolutny brak, te gołębie to jakieś pustynne wersje chyba.
Jest plaża!

Wygląda ładnie, prawda? Tylko plaża kończyła się równo z kadrem, łącznie to miało z 10 metrów. A to na pierwszym planie to śmieci naniesione przez fale. Na lewo i prawo głazy, na środku śmieci i cholera wie jak głęboko. Zamoczyłyśmy stopy i poszłyśmy dalej.
Więcej wody, wciąż mało piasku

Woda w kanale. Rzeczka chyba, bo szambo nie byłoby tak szmaragdowe. Zdjęcie absolutnie nie oddaje koloru, ale przy tak silnym słońcu słabo się grzebie w ustawieniach aparatu. W sumie to dumna jestem, że rzeczka się zmieściła w kadrze, bo mam z tej wycieczki kilka zdjęć absolutnie czarnych, promienie słoneczne odbijały się tak silnie, że mi umknęło to, że palce trzymam idealnie na obiektywie. Nurt wartki, kamienne brzegi, zdjęcie robione z mostku. Przy ujściu do morza (miałam je w momencie fotografowania za plecami) kilku wędkarzy na kamieniach. Podejścia dla matek z dziećmi brak. Miejsca na rozłożenie ręcznika brak. Ale zaraz za mostkiem zauważyłyśmy pierwszą większą plażę.
Bezpłatna plaża publiczna

Wbiegamy do tej wody jak oszalale, żeby się schłodzić. I nic. No dobra, ja wiem, że Morze Śródziemne jest ciepłe. Ale do tej pory bywało jednak chłodniejsze od plaży. A tutaj jak zupa. Bardziej ociekałam potem przed wejściem niż wodą po wyjściu. Anna oczywiście chciała zostać, ale ja się uparłam, żeby pójść dalej, było sporo syryjskich rodzin i chyba byłam jedyną kobietą w bikini. Czytałam o tym wcześniej w opiniach na mapie, że ta plaża jest brudna i pełna imigrantów. Tak bardzo źle nie było, spokojnie mogłyśmy tam zostać, ale skoro już rozważałam plan przedłużenia pobytu, to warto było znaleźć lepsze miejsce. A przynajmniej popatrzeć, czy istnieje, żeby się później nie rozczarować.
Plaża płatna, odgrodzona od żywności
Dalej był kawałek bulwaru z kamieniami i plaża miejska odgrodzona. Taki bardziej park z miejscami na piknik i pasem piasku przy brzegu. Ale, uwaga, zakaz grilla. Więc grille w dużej ilości były rozstawione za ogrodzeniem, przy ulicy 😂 Ojciec rodziny wychodził pełnić rolę kucharza i przez płotek obdzielał familię żywnością.


Tam też się nie zatrzymałyśmy, bo po pierwsze plaża była płatna, a po drugie od zapachów zza ogrodzenia zaraz zrobiłabym się głodna.
Zakaz kąpieli na plaży motocyklistów
Dalej był cypel: piękne morze, szeroka plaża i… tablice z zakazem kąpieli wszędzie. Pewnie bym tam wlazła, zwłaszcza że kilka osób siedziało w wodzie. Ale były to osoby młodsze i biegające dużo szybciej, a tuż obok był posterunek policji. Może zresztą bieganie by nie wystarczyło i dlatego część osób była wyposażona w jednoślady. Opuściłyśmy więc uroczy cypelek i do dziś nie wiemy, czemu się tam nie wolno kąpać.

Plaża dla żółwi
Za cypelkiem była plaża, ale z rezerwacją. Ogrodzone kawałki piasku z miejscem na wygrzewanie jaj to powinna być norma dla turysty z kraju parawanów, ale jednak uznałam pierwszeństwo żółwi.

Najlepsza plaża w Mersin
Zaraz za żółwiami rozpościerał się raj…

Aż do tych budynków daleko na horyzoncie ciągnie się plaża. Jak ktoś ma życzenie znaleźć w Google, to nazywa się to Soli sahili. Technicznie to już właściwie jest Mezitli, a nie Mersin. Ale komunikację mają wspólną i obecnie jest to z punktu widzenia turysty raczej dzielnica, a nie odrębna miejscowość. Długa i piaszczysta. Jak na sobotnie popołudnie to wręcz bezludna. Sporo jest sektorów płatnych, gdzie można wypożyczyć leżak albo nawet altanę i zamówić bezpośrednio do łapki zimne picie. Ale co chwila są też kawałki bezpłatne albo po prostu można rozłożyć ręcznik przy brzegu. Możemy wybrać taki kawałek, gdzie dobiega do nas muzyka z pobliskiej restauracji albo posiedzieć w ciszy. Są toalety i przebieralnie. Zimna woda za 8 tl za butelkę. Leżaczki ze zdjęcia za 120 tl za dzień (+ skorzystanie z prysznica, przebieralni i toalety w cenie). Powrót do domu dolmuşem lub autobusem miejskim za 10-17 tl od osoby. Do przystanku mamy 7 minut tutaj, czas jazdy 15 minut i potem znowu 7 spaceru. Według mnie jest nieźle. A Wy co myślicie?


Wszystko fajnie i zdjęcia spoko,ale… Jak buty? 🙂
Bez zmian, świetnie leżą… w walizce